Wyrażamy nasz szacunek dla Indian, pierwszych mieszkańców amerykańskiej ziemi, naszych gospodarzy. Dziękujemy za ich gościnność.

Aktualności

Wystawa nosi tytuł „Amerykanie”. Tytuł zwięzły, celny, przyciągający i na czasie. Ostatnio wszystko co “amerykańskie”, cała „amerykańskość”, „amerykańska dusza” staje pod znakiem zapytania, podlega redefinicjom, nabiera nowych znaczeń. Amerykańskie wartości, jądro amerykańskości, jej duch, jej siła, fundament narodu są codziennie dyskutowane w medialnej burzy wywoływanej  komentarzami obecnego prezydenta na Twitterze. Donald Trump trzyma „amerykańskość” na celowniku, do amerykańskości najprawdziwszej się nieustannie odwołuje. A jego przeciwnicy również na „amerykańskość” się powołując, nie zostawiają na nim suchej nitki.

Taki tytuł w Narodowym Muzeum Indian Amerykańskich zaskakuje. Bo Indianie raczej przymiotnikiem „amerykańscy” są opisywani. Co prawda od 1924 roku zostali pełnoprawnymi obywatelami Stanów Zjednoczonych, czyli rzeczywiście Amerykanami, ale gdy pada to określenie to nie Indianie przychodzą do głowy. Indianie zostali obywatelami USA po długim okresie złożonych, wielopłaszczyznowych, nieprzyjemnie zawiłych relacji z rządem amerykańskim. Po okresie stosunków wypełnionych nadużyciami, łamaniem prawa, oszustwami, kradzieżami, wojną, masakrami, wydziedziczeniem. Oprócz tego, że Indianie są obywatelami USA, są także obywatelami swoich suwerennych narodów, z własnymi rządami, instytucjami, prawami. Ich sytuacja prawna jest skomplikowana. W Stanach istnieje 326 indiańskich rezerwatów. Rezerwat, określenie z języka prawniczego, oznacza obszar zarządzany przez naród indiański, który jest za takowy uznany przez departament rządu federalnego, Biuro do Spraw Indian. Słowem, są jakby obywatelami podwójnymi, innymi niż wszyscy, a to z racji swej historii i miejsca jakie w historii Stanów zajmują.  Tytuł wystawy zapowiada, że to miejsce owe stosunki będą w niej rozważane i być może ułatwi ona odpowiedź na pytanie, dlaczego Indianie są tak fascynujący.

W głównej sali wystawy od razu widać, że Indianie są w Ameryce wszechobecni. Na ciemnych ścianach podświetlone dziesiątki zdjęć opakowań i etykiet produktów spożywczych i przemysłowych, puszek, butelek, pudełek, woreczków, samochodów, papierosów, alkoholu, reklam, plakatów filmowych, zabawek, broni, wizerunków maskotek drużyn sportowych, okładek książek, koszulek, toreb, plakietek – słowem, co tylko przyjdzie do głowy. A na każdym towarze logo z widocznym motywem indiańskim. Od książeczek do kolorowania dla dzieci, przez sprzęt kempingowy, reklamy samochodów, dziesiątki etykietek, plakietek, torebek, po lśniący model motocykla „Indian Chief” i niewinnie tu wyglądającą rakietę Tomahawk wypożyczoną z pobliskiego muzeum lotnictwa.  Razem prawie 350 obiektów i wizerunków. I na każdym obrazku albo cała postać, albo sama głowa odziana w pióropusz, albo nazwa, albo inny motyw nieomylnie indiański, natychmiast rozpoznawalny.

Widać tu sprzedawane w każdym supermarkecie opakowanie masła popularnej firmy Land O’Lakes z pięknym wizerunkiem młodej indiańskiej kobiety. Ubrana w suknię ze skór zdobioną frędzlami klęczy na zielonej łące na tle błękitnego jeziora. Ofiarowuje kupującemu masło z własnym wizerunkiem. We włosach biało-niebiesko-czerwone pióra. Obok żółta torebka z kukurydzianą mąką, nazwa produktu – Indian Head- i zgodnie z nazwą logo towaru jako głowa Indianina w pióropuszu.  W tych i innych produktach spożywczych, od których tu gęsto, indiański motyw zapewnia o autentyczności, starej tradycji, dobrej jakości. Prawdziwość powiązana ze świeżością, naturalnością niechybnie odwołuje się do wizerunku Indian jako ludzi blisko natury, naturę rozumiejących najlepiej i najgłębiej, jako obrońców naturalnego środowiska.

Na jednej ze ścian wisi prosty i wyglądający niezbyt groźnie, ale śmiertelny Tomahawk, rakietowy pocisk manewrujący z 1976 roku wypożyczony z pobliskiego muzeum awiacji.  Wiele militarnych pojazdów, rodzajów broni nosi nazwy indiańskich plemion, wodzów czy przedmiotów. Amerykańskie wojsko lubi nazywać rodzaje broni, operacje militarne, pojazdy nazwami odwołującymi się do wyobraźni, sugerującymi pewność siebie i waleczność. Nazwy kojarzące się z Indianami są powszechne. Wojskowe helikoptery – Apache, Chinook, Black Hawk – znane są wszędzie. A jest wiele innych. Czy przywłaszczenie sobie imienia to znak pogardy dla pokonanego przeciwnika i odbieranie mu w ten sposób jego mocy, czy raczej znak podziwu dla waleczności, brawury i nieugiętości dawnych nieprzyjaciół? Imię Geronimo, nieustraszonego Apacza, ostatniego wodza indiańskiego, jaki poddał się amerykańskiej armii, symbol nieugiętej woli walki, jest często używanym w wojsku symbolem zuchwałej odwagi i zarazem oznaką nieprzejednanego nieprzyjaciela. Debata na temat użycia kryptonimu „Geronimo” w akcji schwytania Bin Ladena, jaka rozgorzała po upublicznieniu szczegółów akcji, jest dowodem, że nie są to problemy zamierzchłej historii.

Przy wejściu stoi kultowy żółty motocykl „Indian Chief” – model z 1948 roku. Na zderzaku przedniego koła logo z główką Indianina z pióropuszem. Na baku napis „Indian”. Ten motocykl to amerykański klasyk. Od 1897 roku firma założona przez mistrza kolarskiego, George’a  M. Handee,  produkowała najpierw rowery, a potem motocykle. Od samego początku jeden z modeli nosił nazwę „Indianin”. Kiedy od 1902 roku zaczęto produkować motocykle, te w kolorze czerwonym, dobrze sprzedawały się w Europie. Produkowane są do dziś. Podobnie wiele marek samochodów (Jeep Cherokee, Pontiac, Thunderbird) odwołuje się do indiańskiej mobilności, do przypisywanego im umiłowania wolności, do szybkości, do ducha przygody.

Niezliczona ilość gatunków papierosów i tytoniu posługuje się indiańskimi motywami. Tytoń to prawdziwie amerykański dar dla świata. Rdzenna roślina amerykańskiego kontynentu, dzięki której pierwsza kolonia w Jamestown po początkowym trudnym okresie rozkwitła w bogatą Wirginię. Już od samego początku handlowania tytoniem używano do jego reklamowania nazw indiańskich. A „Cigar Store Indian” (też na wystawie obecny), niezwykle popularna, od początku XIX wieku rzeźba drewniana, zwykle wielkości prawie naturalnej, będąca szyldem tytoniowych sklepów, a dziś widoczna na prowincji w niejednym małym sklepiku czy przydrożnej restauracji jako ozdoba, stanowi nierzadko prawdziwe arcydzieło sztuki ludowej.

Wisi tu też mnóstwo plakatów filmowych. Western, ten czysto amerykański gatunek filmowy, nie istniałby bez Indian. Zresztą już od samego początku ery filmów niemych Indianie byli ich bohaterami – dowodem taniec Sjuksów, krótki film nakręcony w studiu Edisona w 1894 roku. Plakatom starych westernów towarzyszą żywe obrazy. Na półokrągłej ścianie naprzeciwko wejścia, złamane fakturą wystawionych eksponatów, pojawiają się sceny z różnych westernów, starych i nowych. Wszystkie natychmiast i łatwo rozpoznawalne, widziane wielokrotnie, znane, powszechne w kulturze popularnej.  Oczywiście jest tu „Tańczący z wilkami”.

Wiszą też plakaty reklamujące turystykę do regionów zamieszkiwanych przez Indian. A na nich tajemnicze, egzotyczne, urzekające pięknem sceny z na przykład Południowego Zachodu USA. Sponsorowane przez kolej zachęcają do odwiedzin Nowego Meksyku, krainy przebogatej historii, żywej tradycji, niecodziennych kolorów i zapierających dech widoków. A na nich obok dramatycznego pejzażu fantastycznych czerwonych skał figury Indian o stoickich twarzach i ich barwne rękodzieła.

Zadaniem tej wystawy nie jest dokumentacja etykiet na opakowaniach, plakietek, pudełek na papierosy, plakatów filmowych czy reklam. Jej celem jest odpowiedź na pytanie, dlaczego „nieobecni są tak bardzo wszechobecni”. Dlaczego Indianie, o których większość ludzi nie wie nic, o których w  szkołach mało kto się uczy, są tak popularnym znakiem masowej kultury. Z tego powodu katalog owych różnorodnych produktów, bogaty i kolorowy i będący dowodem na nieustającą obecność Indian w amerykańskiej kulturze masowej nie jest jedynym elementem wystawy. Rozważa ona również cztery istotne dla jądra amerykańskości wydarzenia. Wydarzenia z Indianami związane. Wydarzenia powszechnie znane, głęboko utrwalone w historii i kulturze amerykańskiej, wydarzenia symbole, które nabrały mitycznego, założycielskiego niemal wymiaru. Doczekały się one wielu interpretacji, z których żadna nie jest ostateczna, które ciągle zapraszają do kolejnych ocen, do przyjrzenia się im na nowo.

W czterech galeriach bocznych, promieniście odchodzących od sali głównej, znajdują się ekspozycje poświęcone tym czterem tematom, które zresztą mogłyby być samodzielnymi pokazami.

Pierwsze z tych wydarzeń to obrosły mitami Dzień Dziękczynienia -Thanksgiving Day, fundament amerykańskości. To nie tyle wystawa per se, ile komentarz do święta w postaci zabawno-ironicznego anonimowanego filmu. Thanksgiving – jak uczą się amerykańskie dzieci uczestnicząc w listopadowych przedstawieniach na ten temat od najwcześniejszych przedszkolnych lat  – to pamiątka pierwszego wspólnego posiłku, posiłku celebrującego zebrane plony, na które Pielgrzymi z Plymouth w Massachusetts  zaprosili okolicznych Indian w podzięce za ich pomoc w pierwszym trudnym roku istnienia kolonii. Cóż bardziej harmonijnego, pokojowego, pełnego dobrej woli niż wspólny posiłek sporządzony z płodów hojnej i gościnnej amerykańskiej ziemi. Kukurydza, dynie, fasola wyhodowane przez instruowanych przez Indian Pielgrzymów wzbogacone o dary lasu, upolowane przez Indian indyki i zebrane jagody. Piękny fundament, kamień węgielny dobrobytu przyszłego kraju. Ubrani na czarno purytańscy Pielgrzymi w spiczastych kapeluszach i półnadzy Indianie cieszący się obfitym posiłkiem przy wspólnym amerykańskim stole to obrazek budujący. To, czy ten posiłek naprawdę się odbył (w jakiejś formie pewnie tak), nie ma większego znaczenia. To co było po nim – bezwzględna rywalizacja o ziemię, krwawe wojny, epidemie przywleczone z Europy dziesiątkujące rdzennych mieszkańców, przymusowe przesiedlenia – stało się naprawdę. Zresztą o dziękczynnym stole zapomniano na bardzo długo. Przypomniano sobie o nim wiele lat później, kiedy młode Stany Zjednoczone, rozpłatane wojną secesyjną, wykrwawiające się na kolejnych polach bitwy desperacko potrzebowały scalającego symbolu. Ucieleśnienia jedności. Znaku harmonijnego współistnienia. Dzień Dziękczynienia znakomicie tę rolę pełni do dziś. Obowiązkiem jest zasiąść całą rodziną do wspólnego posiłku. Trzeci czwartek listopada jest najbardziej ruchliwym dniem roku na lotniskach i drogach. Wszyscy jadą do domu, miliony indyków pieką się w piekarnikach, a w gazetach można zapoznać się z menu na prezydenckim stole. Republikanie i demokraci, biedni i bogaci. A Indianie? Bohaterowie tej uczty? Wielu pomija święto milczeniem, wielu protestuje – największe protesty są właśnie w Plymouth w stanie Massachusetts, wielu świętuje tak samo jak inni Amerykanie. A komentator filmu, kustosz wystawy, zauważa, że choć mit jedności celebrowany w Dzień Dziękczynienia jest fikcją to jednak jest to fikcja pozytywna. Ironizuje, że jednak lepiej siedzieć przy tym stole, nawet jako ktoś rodem z fantazji, niż być całkowicie zapomnianym, z tej historii wymazanym. Obecność jest bowiem podstawową gwarancją dalszej rozmowy. A jest o czym rozmawiać, co pamiętać i z czego się rozliczać.

Pocahontas

W galerii obok spotykamy najbardziej znaną indiańską postać. Pocahontas. Księżniczka indiańska, arystokratka, bohaterka niezliczonej ilości wierszy, pieśni, obrazów, filmów, przypowieści.  Disnejowska piękność. Indianka, której akt miłosierdzia stał się aktem założycielskim stanu Wirginia, a przez to też całych Stanów Zjednoczonych. Powielana opowieść o Pocahontas, córce potężnego wodza Powhatana, mówi o tym jak własnym ciałem zasłoniła skazanego przez Indian na śmierć kapitana Johna Smitha, przywódcę angielskich kolonistów z Jamestown w zatoce Chesapeake. Uratowała w ten sposób pokój między nowo przybyłymi a Indianami. Uratowała przyszły kraj, właściwie zapewniła jego powstanie. Historii zwykle dodaje się romantycznego smaku. Bo przecież tylko z miłości mogła indiańska księżniczka sprzeciwić się woli swego ojca. Nieważne, że naprawdę była dzieckiem, że była zakładniczką, pewnie ją więziono, i niewątpliwie do wielu rzeczy ją zmuszano. Uwieczniona została na płaskorzeźbie na Kapitolu i niezliczonych rycinach i obrazach  jako młoda dziewczyna zasłaniająca przed ciosem białego mężczyznę. Matoaka (pierwsze imię Pocahontas) wyszła potem za mąż za innego kolonistę, Johna Rolfe’a,  z którym miała syna. Razem popłynęli do Anglii – tam przedstawiona na dworze jako indiańska księżniczka pozowała też do jedynego portretu jaki po niej został. Zmarła w 1617 roku, zanim statek powrotny do Wirginii wypłynął z Tamizy. Miała może 22 lata. Ale jej syn Thomas po pewnym czasie wrócił do Wirginii i wielu mieszkańców tego stanu uważa go za swego przodka. Posiadanie go w rodowodzie jest powodem do dumy i oczywistą nobilitacją. Z tego powodu dodano nawet klauzulę do prawa o segregacji (czy raczej czystości) rasowej z 1924 roku. Według tego prawa wystarczyła jedna kropla nie-białej krwi, by zaliczać człowieka kasty tych gorszych, kolorowych.  Ponieważ jednak tylu znanych mieszkańców Wirginii z dumą wywodziło się od indiańskiej księżniczki przegłosowano tak zwaną Pocahontas Clause (albo Pocahontas Exception) zgodnie z którą ci, którzy mieli w sobie 1/16 lub mniej krwi indiańskiej nie podlegali zasadzie „jednej kropli krwi” i ciągle byli traktowani przez prawo jak ludzie biali. Zawsze znajdzie się jakieś wyjście, gdy taka jest potrzeba.

Historia Pocahontas, podobnie jak opowieść o dziękczynnej uczcie spowita jest w fabrykacje i ubarwienia przeznaczone do celów propagandowych. Historia kolonizacji kontynentu, wydziedziczenia rdzennych mieszkańców jest dużo łatwiejsza do podjęcia, gdy przysłania ją piękna romantyczna opowieść o zakochanej w brodatym koloniście tubylczej dziewczynie. Można z niej nawet zrobić matkę założycielkę, albo umieścić w drzewie genealogicznym, by tym lepiej uprawomocnić przejęcie indiańskiej ziemi. Uwiecznić we fryzach, utrwalić na znaczkach pocztowych i licznych pieczęciach, by tym lepiej udowodnić swoje w tej ziemi zakorzenienie i do niej prawo.

Kolejna galeria opowiada o Szlaku Łez – Trail of Tears – masowym i przymusowym wysiedlaniu Indian należących do Pięciu Cywilizowanych Plemion (Cherokee, Chockaw, Chickasaw, Creek, Seminole) zamieszkujących południowe stany USA. Sam Szlak Łez, miał miejsce zimą 1838 roku. Przymusowo wysiedlono wtedy 16 tysięcy Czirokezów z ich domów i farm. Wymaszerowali pod eskortą wojska na zachodni brzeg Mississippi, na teren dzisiejszej Oklahomy. Piechotą i na wozach, z dobytkiem, jaki naprędce udało im się zabrać wędrowali ponad 1500 km na przyznane im tereny. Prawie 5 tysięcy pochowano po drodze, zginęli z wyczerpania, od chorób, z głodu i zimna. Ten marsz, utrwalony w książkach i filmach, to ostatni epizod długiego procesu wydziedziczenia, jaki zaczął się przegłosowaną w 1830 roku, przez głęboko podzielony Kongres, Ustawą o Przesiedleniu Indian (Indian Removal Act). 18 lat trwały negocjacje, protesty, procesy sądowe, petycje. Wielu członków cywilizowanych plemion, w ciągu tych lat, wyprowadziło się dobrowolnie. Ale wielu zostało w nadziei, że młoda republika nie zdradzi zasad swojej własnej Karty Praw – fundamentu, na którym została zbudowana. Pomysłodawcą ustawy z 1830 roku był Andrew Jackson, bohater wojen z Seminolami na Florydzie, który wierzył, że dla dalszego rozwoju państwa usunięcie Indian jest warunkiem koniecznym. Ameryka nie może ich zmieścić. Ich ziemia, jest konieczna dla dalszego postępu cywilizacji. Tereny opuszczone przez narody indiańskie zostały natychmiast zajęte, rozrosło się na nich bawełniane imperium napędzane niewolniczą siłą roboczą. Trzydzieści lat później ta niewolnicza siła stała się przyczyną krwawej wojny secesyjnej, której skutki są odczuwalne do dziś. Koszty wyobrażenia sobie Ameryki bez Indian, przekroczyły najwyższe rachuby. Nie tylko samo przesiedlanie, transport, wyżywienie Indian po drodze w czasie marszu na Szlaku Łez było kosztowne. Cały proces trwał długo, przez kadencje ośmiu prezydentów, długo po Jacksonie. Analiza skutków i kosztów tego wydarzenia, jeżeli tylko nie zamknie się jej do ostatniego etapu – Szlaku Łez – jeszcze długo się nie zakończy.

Czwarta galeria przedstawia jedno z najbardziej znanych wydarzeń w historii Indiańskich wojen. Pod koniec czerwca 1876 roku, tuż przed obchodami stulecia powstania Stanów Zjednoczonych miała miejsce bitwa, która wryła się w pamięć narodu z ogromną siłą. Zwana Bitwą nad Little Big Horn, albo Ostatnim Szańcem Custera, była wielkim zwycięstwem połączonych sił Indian z narodów Lakota, Arapaho i Północnych Czejenów nad 7 pułkiem kawalerii pod wodzą ulubieńca ówczesnych mediów, pułkownika George’a Armstronga Custera. Szok spowodowany całkowitą porażką i śmiercią zuchwałego bohatera wojny secesyjnej wzbudził w narodzie niepohamowaną żądzę zemsty. Ale też niekłamany podziw dla indiańskich wojowników. Bitwa i jej bohaterowie z obu stron, uwiecznieni w nieskończonej ilości obrazów, opisów, filmów stali się amerykańskimi ikonami. Imię Szalonego Konia czy Siedzącego Byka jest znane i budzi respekt na całym świecie. Ta bitwa właśnie, odgrywanie jej potem w spektaklach Buffalo Billa, w jego Wild West Shows (które odwiedzały też Europę), jest przyczyną niezwykłej popularności wizerunku Indianina Prerii. Wojownik ubrany w jelenie skóry, wyszywane koralikami mokasyny, a przede wszystkim w barwny pióropusz jest najbardziej rozpoznawalnym i najbardziej popularnym indiańskim znakiem. Indianie Prerii symbolizują w kulturze masowej wszystkich Indian. To ich wizerunek widać najczęściej i to oni przychodzą na myśl, kiedy mowa o amerykańskich Indianach. Choć większość Amerykańskich Indian nie nosi pióropuszy to właśnie to nakrycie głowy ich wszystkich symbolizuje.

W Narodowym Muzeum Indian Amerykańskich (National Museum of the American Indian) cała ta ich historia powinna zostać opowiedziana. Po to je powołano do życia. W 1989 roku zapadła decyzja, a otwarcie nastąpiło w roku 2004. Debata na temat roli tego muzeum trwa. I jest dość gorąca.  Świadczy o tym choćby esej profesor historii z Uniwersytetu w Iowa Jacki Thompson Rand: „Why I cant visit the National Museum of the American Indian” (2007, opublikowany w sieciowym periodyku Common-Place), która uczestniczyła w początkowych pracach przygotowawczych przed otwarciem muzeum. Dla niej to muzeum to kolejna złamana obietnica. Według niej, muzeum, skupiając się na współczesności, na indiańskiej sztuce, na komercyjnej produkcji nie ma szans na sprowokowanie zrozumienia historii i głębokiej krzywdy Indian, oraz uznania dla ich kultur w społeczeństwie amerykańskim.

Ewa Dżurak

Read more hidden text

Read more

Wydarzenia, recenzje, relacje